Zyzdrojowa Wola 6, 11-710 Piecki +48 606 648 799
Odwiedź nas:
Wybierz język:

Historia Freda

Jeździmy do tej maleńkiej mazurskiej wioski od lat. Kilka gospodarstw, popegieerowska bieda i znieczulica. Psy karmione suchym chlebem przybiegały do furtki po porcję „prawdziwego” jedzenia jak tylko nas spostrzegły – gdy tylko pojawialiśmy się we wsi. O wiele za rzadko.

Uszkodzony tłumik sprawił, że mąż wszedł na teren posesji do właściciela, miejscowej „złotej rączki”. Do szczekających psów dołączył jeszcze jeden głos – jednooki psi szkielet też pilnował domu.
To był Fred…


Zamknięty za siatką, nie mógł przybiegać do furtki. Nie wiedzieliśmy, że jest w tak dramatycznym stanie. Pusty oczodół, ropiejące rany na uszach, wyłamany palec, szkielet obciągnięty skórą. Niewielka klatka – na szczęście z budą – nie sprzątana chyba nigdy. Psia sypialnia, jadalnia i ubikacja tonące w błocie. Jeszcze tego wieczoru mąż wziął porcję jedzenia i kilka zbitych desek, które miały posłużyć za niewielką platformę i poszedł do Freda. Mnie powiedział: „Nie idź tam. Lepiej żebyś tego nie widziała”. Nie poszłam. Zabrakło mi odwagi…

Właściciele – młodzi ludzie z czwórką dzieci – nie reagowali na pukanie. Oznaczać to mogło tylko jedno – za dużo wypili. Na razie jeszcze się tego wstydzą. Ci ludzie żyją na granicy przetrwania. I niestety piją, żeby zapomnieć o swojej nędzy. Obojętność, znieczulenie, a po dużej dawce alkoholu agresja. Mówią o nich: „To ludzie straceni”. Dwoje dorosłych, czworo dzieci, cztery psy – dziesięć nieszczęść.

Do zamkniętej klatki trzeba było się włamać. Zalękniony, udręczony pies mógł różnie zareagować na obcą osobę. Fred z pokorą czekał na swój los… A potem w kilka sekund opróżnił pełną miskę.
Wyjeżdżaliśmy następnego dnia. Wciąż nikt nie otwierał drzwi domu. Karmę dla Freda zostawiliśmy sąsiadom. Obiecali, że będą go karmić.

Mogliśmy go od razu zabrać i zawieźć do schroniska, ale na to smutne miejsce zawsze jest czas. Całe dotychczasowe życie Freda to cierpienie; gdyby choć lata, które mu zostały mogły być dobre. Ból i głód to za mało, by nadać sens psiemu istnieniu. Żeby choć kilka dobrych chwil mu się zdarzyło, kilka sytych dni… 
Od tego czasu zaczęłam szukać Ludzi, którzy chcieliby – i mogli – zaopiekować się tym nieszczęsnym stworzeniem. Wiedziałam, że gdzieś są Tacy, którzy pokochaliby Freda. Rozsyłałam dramatyczny apel do znajomych i nieznajomych. Czasem cuda się zdarzają.

I zdarzył się cud…

Tego telefonu od Pani Eulalii nigdy nie zapomnę – Fred był uratowany!!!

12 stycznia 2008 roku (to dzień drugich narodzin Freda!) zabraliśmy go z klatki. Wyjeżdżając po raz kolejny spojrzałam na przymocowaną do ogrodzenia posesji tabliczkę, która, jak na ironię, obwieszczała światu: „Uwaga zły pies”.

Podróż do Mrągowa – około 90 km – była nerwowa (pierwsza dla psa jazda samochodem), zimna (nie chcieliśmy zbytnio ogrzewać przyzwyczajonego do chłodu pieska) i smrodliwa (nie mogło być inaczej, skoro klatka Freda wypełniona była odchodami), ale – to była najpiękniejsza podróż w moim życiu. Wieźliśmy Freda do Dobrych Ludzi!

Zwierzyniec Eulalii to inny świat - taki, jakiego chciałoby się dla wszystkich ludzi i zwierząt. Najprawdziwsza Arka wśród oceanu…

Fred jest wreszcie u Przyjaciół. Musi nauczyć się wielu nowych rzeczy – patrzeć na świat bez siatki; dotyku, który nie boli; smaku innego niż smak suchego chleba; spacerów z opiekunami.

Jeśli znajdą się osoby o wrażliwym sercu, które chciałyby przygarnąć Freda, być może trafi do mniej licznego zwierzyńca i będzie miał właścicieli tylko dla siebie. Tak czy inaczej jedno jest pewne – Fred zdąży poznać smak przyjaźni.

Nie potrafię znaleźć słów, które wyraziłyby moją wdzięczność dla Pani Eulalii, powiem więc najprościej – dziękuję…

 

Przez trzy miesiące tak właśnie kończyła się ta historia. Przez trzy miesiące nie było dnia, żebym nie myślała o Fredzie i nie wyobrażała sobie, że kiedyś pojadę do Mrągowa i zabiorę go na długi spacer.
A potem Fred dopisał kolejny rozdział…

Może zapach suki, może ciekawość świata, którego nie znał, może tęsknota za wolnością sprawiły, że którejś nocy zniknął…

Zawiadomiłyśmy okoliczne schroniska, straż miejską i leśną, sołtysów pobliskich wiosek. Pani Eulalia rozwieszała ogłoszenia i konno szukała go po okolicy, a ja myślami towarzyszyłam mu niewiadomo na jakich drogach i bezdrożach. Minął dzień, dwa, potem kolejne dni i tygodnie, ale nadzieja nie mijała. Tylko moje spokojne myśli o Fredzie zmieniły się w myśli rozpaczliwe. Wiedziałam, że kolejny cud jest potrzebny, żeby okaleczony pies z ograniczonym widzeniem mógł uchronić się przed samochodami, zdobywać jedzenie i – przetrwać.

Po pewnym czasie moja nadzieja, długo wbrew wszelkim znakom trwająca, zaczęła gasnąć, aż w końcu musiałam się z tym pogodzić – nie ma już Freda, któremu kiedyś pijany właściciel rozbił drągiem czaszkę i o którym przyzwyczaiłam się myśleć: ocalony…

Ale pewnego dnia – a byłam wtedy w mazurskiej wiosce Freda – odebrałam telefon od Eulalii.
Z trudem rozróżniałam radośnie krzyczane słowa: „WIOZĘ FREDA DO DOMU!!!”
W tym swoim nieszczęsnym życiu biedak miał też trochę szczęścia! Po czterdziestu dniach samotnej wędrówki, po drugiej stronie jeziora Juksty spotkał Prawdziwych Ludzi o wysoko ponadprzeciętnej wrażliwości. Są rodziną zastępczą dla trojga upośledzonych dzieci i sami mają siedem psów, a serca otwarte i współczujące. Nie mogli zatrzymać Freda, ale też nie chcieli oddać go do schroniska i pomyśleli o zwierzyńcu Eulalii, na którego stronie internetowej ciągle wisiało moje ogłoszenie.
Nie wiem kto bardziej cieszył się ze spotkania – Fred czy Eulalia!

A potem miałam swój wymarzony spacer. Mimo że minęło wiele czasu od naszej wspólnej podróży Fred poznał mnie, przytulił się jak dziecko, polizał mnie po policzku i – poszliśmy nad Czos.

Jolanta

Historia Freda na tym się jednak nie kończy. Przez kilka lat z rzędu gościliśmy w naszej Fundacji osoby trenujące Jogę - wśród nich była także Kasia z Warszawy. Podczas swoich pobytów codziennie zabierała Freda na spacery i poświęcała swój czas na pieszczoty oraz zabawy. Fred choć przez chwilę miał wtedy "swojego" człowieka.

W 2012 roku Kasia postanowiła dać Fredowi dom, by swoje ostatnie lata spędził wśród kochających go ludzi i otoczony troskliwą opieką. Fred trafił do swojego nowego miejsca i stał się jeszcze bardziej kochanym, ufnym i wiernym psem niż przedtem. Aż ciężko było wierzyć, że pies z tak trudną przeszłością może jeszcze raz oddać swe serce człowiekowi. I tak oto jednooki Fred dostał najwspanialszy na świecie dar - własny dom i swojego ukochanego człowieka.

Fred odszedł w sierpniu 2014 roku. Na zawsze pozostawił wielki ślad w sercach wielu osób.

Aktualności
Bardzo miło nam usłyszeć, że nasze akcje docierają nie tylko do odległych zakątków Polski, ale także do innych krajów. Potwierdzeniem na to jest fakt, że nasz niesforny muł Muli został wirtualnie... [więcej...]
Trudno to powiedzieć, lecz jeden z naszych wieloletnich podopiecznych nie czuje się ostatnio zbyt dobrze. Bobi, syn Rikiego i Briki ma już 16 lat, co na świnkę wietnamską jest i tak bardzo godziwym wiekiem.... [więcej...]
Pragniemy z całego serca podziękować Wszystkim, którzy biorą czynny udział w bazarkach i licytacjach na rzecz Fundacji Zwierzęta Eulalii. To właśnie dzięki Wam na naszym terenie powstaje powoli nowy dom dla... [więcej...]
Z wielkim bólem serca musimy poinformować, że odeszła nasza kochana Wilejka. Ostatnimi czasy jej stan był bardzo kiepski, kotka dostawała cały czas leki, zmagała się z wieloma dolegliwościami i przyjmowała... [więcej...]