Zyzdrojowa Wola 6, 11-710 Piecki +48 601 390 091, 606 648 799
Odwiedź nas:
Wybierz język:

Historia Freda

Jeździmy do tej maleńkiej mazurskiej wioski od lat. Kilka gospodarstw, popegieerowska bieda i znieczulica. Psy karmione suchym chlebem przybiegały do furtki po porcję „prawdziwego” jedzenia jak tylko nas spostrzegły – gdy tylko pojawialiśmy się we wsi. O wiele za rzadko.

Uszkodzony tłumik sprawił, że mąż wszedł na teren posesji do właściciela, miejscowej „złotej rączki”. Do szczekających psów dołączył jeszcze jeden głos – jednooki psi szkielet też pilnował domu.
To był Fred…


Zamknięty za siatką, nie mógł przybiegać do furtki. Nie wiedzieliśmy, że jest w tak dramatycznym stanie. Pusty oczodół, ropiejące rany na uszach, wyłamany palec, szkielet obciągnięty skórą. Niewielka klatka – na szczęście z budą – nie sprzątana chyba nigdy. Psia sypialnia, jadalnia i ubikacja tonące w błocie. Jeszcze tego wieczoru mąż wziął porcję jedzenia i kilka zbitych desek, które miały posłużyć za niewielką platformę i poszedł do Freda. Mnie powiedział: „Nie idź tam. Lepiej żebyś tego nie widziała”. Nie poszłam. Zabrakło mi odwagi…

Właściciele – młodzi ludzie z czwórką dzieci – nie reagowali na pukanie. Oznaczać to mogło tylko jedno – za dużo wypili. Na razie jeszcze się tego wstydzą. Ci ludzie żyją na granicy przetrwania. I niestety piją, żeby zapomnieć o swojej nędzy. Obojętność, znieczulenie, a po dużej dawce alkoholu agresja. Mówią o nich: „To ludzie straceni”. Dwoje dorosłych, czworo dzieci, cztery psy – dziesięć nieszczęść.

Do zamkniętej klatki trzeba było się włamać. Zalękniony, udręczony pies mógł różnie zareagować na obcą osobę. Fred z pokorą czekał na swój los… A potem w kilka sekund opróżnił pełną miskę.
Wyjeżdżaliśmy następnego dnia. Wciąż nikt nie otwierał drzwi domu. Karmę dla Freda zostawiliśmy sąsiadom. Obiecali, że będą go karmić.

Mogliśmy go od razu zabrać i zawieźć do schroniska, ale na to smutne miejsce zawsze jest czas. Całe dotychczasowe życie Freda to cierpienie; gdyby choć lata, które mu zostały mogły być dobre. Ból i głód to za mało, by nadać sens psiemu istnieniu. Żeby choć kilka dobrych chwil mu się zdarzyło, kilka sytych dni… 
Od tego czasu zaczęłam szukać Ludzi, którzy chcieliby – i mogli – zaopiekować się tym nieszczęsnym stworzeniem. Wiedziałam, że gdzieś są Tacy, którzy pokochaliby Freda. Rozsyłałam dramatyczny apel do znajomych i nieznajomych. Czasem cuda się zdarzają.

I zdarzył się cud…

Tego telefonu od Pani Eulalii nigdy nie zapomnę – Fred był uratowany!!!

12 stycznia 2008 roku (to dzień drugich narodzin Freda!) zabraliśmy go z klatki. Wyjeżdżając po raz kolejny spojrzałam na przymocowaną do ogrodzenia posesji tabliczkę, która, jak na ironię, obwieszczała światu: „Uwaga zły pies”.

Podróż do Mrągowa – około 90 km – była nerwowa (pierwsza dla psa jazda samochodem), zimna (nie chcieliśmy zbytnio ogrzewać przyzwyczajonego do chłodu pieska) i smrodliwa (nie mogło być inaczej, skoro klatka Freda wypełniona była odchodami), ale – to była najpiękniejsza podróż w moim życiu. Wieźliśmy Freda do Dobrych Ludzi!

Zwierzyniec Eulalii to inny świat - taki, jakiego chciałoby się dla wszystkich ludzi i zwierząt. Najprawdziwsza Arka wśród oceanu…

Fred jest wreszcie u Przyjaciół. Musi nauczyć się wielu nowych rzeczy – patrzeć na świat bez siatki; dotyku, który nie boli; smaku innego niż smak suchego chleba; spacerów z opiekunami.

Jeśli znajdą się osoby o wrażliwym sercu, które chciałyby przygarnąć Freda, być może trafi do mniej licznego zwierzyńca i będzie miał właścicieli tylko dla siebie. Tak czy inaczej jedno jest pewne – Fred zdąży poznać smak przyjaźni.

Nie potrafię znaleźć słów, które wyraziłyby moją wdzięczność dla Pani Eulalii, powiem więc najprościej – dziękuję…

 

Przez trzy miesiące tak właśnie kończyła się ta historia. Przez trzy miesiące nie było dnia, żebym nie myślała o Fredzie i nie wyobrażała sobie, że kiedyś pojadę do Mrągowa i zabiorę go na długi spacer.
A potem Fred dopisał kolejny rozdział…

Może zapach suki, może ciekawość świata, którego nie znał, może tęsknota za wolnością sprawiły, że którejś nocy zniknął…

Zawiadomiłyśmy okoliczne schroniska, straż miejską i leśną, sołtysów pobliskich wiosek. Pani Eulalia rozwieszała ogłoszenia i konno szukała go po okolicy, a ja myślami towarzyszyłam mu niewiadomo na jakich drogach i bezdrożach. Minął dzień, dwa, potem kolejne dni i tygodnie, ale nadzieja nie mijała. Tylko moje spokojne myśli o Fredzie zmieniły się w myśli rozpaczliwe. Wiedziałam, że kolejny cud jest potrzebny, żeby okaleczony pies z ograniczonym widzeniem mógł uchronić się przed samochodami, zdobywać jedzenie i – przetrwać.

Po pewnym czasie moja nadzieja, długo wbrew wszelkim znakom trwająca, zaczęła gasnąć, aż w końcu musiałam się z tym pogodzić – nie ma już Freda, któremu kiedyś pijany właściciel rozbił drągiem czaszkę i o którym przyzwyczaiłam się myśleć: ocalony…

Ale pewnego dnia – a byłam wtedy w mazurskiej wiosce Freda – odebrałam telefon od Eulalii.
Z trudem rozróżniałam radośnie krzyczane słowa: „WIOZĘ FREDA DO DOMU!!!”
W tym swoim nieszczęsnym życiu biedak miał też trochę szczęścia! Po czterdziestu dniach samotnej wędrówki, po drugiej stronie jeziora Juksty spotkał Prawdziwych Ludzi o wysoko ponadprzeciętnej wrażliwości. Są rodziną zastępczą dla trojga upośledzonych dzieci i sami mają siedem psów, a serca otwarte i współczujące. Nie mogli zatrzymać Freda, ale też nie chcieli oddać go do schroniska i pomyśleli o zwierzyńcu Eulalii, na którego stronie internetowej ciągle wisiało moje ogłoszenie.
Nie wiem kto bardziej cieszył się ze spotkania – Fred czy Eulalia!

A potem miałam swój wymarzony spacer. Mimo że minęło wiele czasu od naszej wspólnej podróży Fred poznał mnie, przytulił się jak dziecko, polizał mnie po policzku i – poszliśmy nad Czos.

Jolanta

Historia Freda na tym się jednak nie kończy. Przez kilka lat z rzędu gościliśmy w naszej Fundacji osoby trenujące Jogę - wśród nich była także Kasia z Warszawy. Podczas swoich pobytów codziennie zabierała Freda na spacery i poświęcała swój czas na pieszczoty oraz zabawy. Fred choć przez chwilę miał wtedy "swojego" człowieka.

W 2012 roku Kasia postanowiła dać Fredowi dom, by swoje ostatnie lata spędził wśród kochających go ludzi i otoczony troskliwą opieką. Fred trafił do swojego nowego miejsca i stał się jeszcze bardziej kochanym, ufnym i wiernym psem niż przedtem. Aż ciężko było wierzyć, że pies z tak trudną przeszłością może jeszcze raz oddać swe serce człowiekowi. I tak oto jednooki Fred dostał najwspanialszy na świecie dar - własny dom i swojego ukochanego człowieka.

Fred odszedł w sierpniu 2014 roku. Na zawsze pozostawił wielki ślad w sercach wielu osób.

Aktualności
  Witajcie :), pragniemy się z Wami podzielić radosnymi informacjami o Bursztynku. Ten wspaniały młody konik, który znalazł się u nas dzięki Wam Kochani, dzięki ludziom o wielkich sercach okazuje... [więcej...]
Dzielimy się z Wami wspaniałą informacją. Dzięki Pani Ewie, Pani Kasi i wielu innym osobom zaangażowanym w organizację aukcji internetowej i zbiórkę pieniędzy na rzecz wykupu Bursztynka udało się zebrać... [więcej...]
Wiosna radośnie zawitała i cieszy wszystkich. Koniki  swobodnie z tej pory roku korzystają pasąc się na zielonej trawie. Na świeżym powietrzu odpoczynek przeplata się ze smakowaniem świeżej trawy i... [więcej...]
Pragniemy się podzielić krótką aczklowiek radosną informacją na temat polepszenia się stanu samopoczucie naszego godziwego staruszka Jogiego. Podziękowania dla Kasi Oczkowskiej za dobranie skutecznej terapii... [więcej...]